| |
Słowa kluczowe: skamieniałości wielowarstwowe, dowody ewolucji, geologia, sedymentacja
SKAMIENIAŁOŚCI WIELOWARSTWOWE - GDZIE TKWI BŁĄD?
Łukasz Gągała
1.XI.2002
Tekst ten jest komentarzem do atrykułu dr Johna D. Morrisa pt. "Skamieniałości wielowarstwowe", zamieszczonego na stronie Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego.
Tekstu tego nie należy go traktować jako próbę oficjalnej polemiki. Są to raczej luźne impresje gościa (tzn. mnie), stykającego się na codzień ze sprawami w nim poruszonymi.
Autor artykułu wykazuje głęboką nieznajomość pryncypiów geologii i sedymentologii (dziedziny zajmującej się osadami), a w szczególności zasady uniformitaryzmu, którą stara się podważyć:
Skamieniałości takie mogą wiele powiedzieć, gdyż unieważniają powszechnie utrzymywaną uniformitarystyczną ideę powolnej i stopniowej akumulacji osadów.
Zasada ta wcale nie mówi, że kiedyś wszystko odbywało się dokładnie tak samo jak dziś.
Przez lata bliźniaczą teorią ewolucjonizmu była zasada jednostajności, głosząca, że w przeszłości rzeczy zmieniały się równie jednostajnie, jak dziś.
Stwierdza ona jedynie, że zjawiskami w przyrodzie zawsze rządzą te same procesy. W jej myśl nawet globalny potop jest możliwy, jeżeli potrafimy wskazać na realnie istniejące, mierzalne bezpośrednio bądź pośrednio zjawisko występujące współcześnie. Jeżeli ktoś wskaże na źródło ogromnych ilości wody do tego niezbędnych, wyjaśni przyczynę jej gwałtownego wystąpienia itp., to będzie można stwierdzić, że potop jest teoretycznie zgodny z zasadą uniformitaryzmu. Ale tylko teoretycznie. Pozostaje jeszcze cały zapis osadowy, przywoływany przez autora jako dowód na poparcie tej tezy, a w rzeczywistości ją obalający.
Niestety dr John D. Morris popełnił tak wiele błędów (kłamstw???), że nie da się ich sprostować na jednej stronie A4. Usiądź więc wygodnie, bo trochę to potrwa. Samym "skamieniałościom wielowarstwowym" poświęcę stosunkowo niewiele miejsca - są one artefaktem, stworzonym w wyniku niewiedzy i błędnego rozumowania. Najpierw trzeba sprostować sprawy zasadnicze.
Przede wszystkim pojawia się problem: czym jest owa warstwa? Co ona oznacza? Gdy wchodzimy do kamieniołomu, gdzie pozyskuje się skały osadowe, z reguły rzucają się w oczy z grubsza równoległe płaszczyzny, oddzielające pewne partie skały. Będę je dalej nazywał "płaszczyznami oddzielności". Zwraca na nie uwagę dr John D. Morris, domyślnie traktując zawarte między nimi jednostki skały jako "warstwy".
Problem w tym, że rzeczywiste warstwy, czyli jednostki wewnętrznie jednolite o odpowiednio dużej miąższości, nie muszą wykazywać związku z płaszczyznami oddzielności. Nawet nie muszą być do nich równoległe - bardzo często spotyka się pakiety równoległych jednostek skały (mogą to być warstwy, chociaż z reguły nazywa się je laminami), dochodzące skośnie do najlepiej wyrażonych powierzchni oddzielności. W rzeczywistości owe "warstwy" w rozumieniu Dr Johna D. Morrisa to w ogromnej większości tzw. ławice, złożone z wielu warstw. Z kolei może wystąpić sytuacja gdy w obrębie ławic widać jedynie cieniutkie (najwyżej kilkumilimetrowe) jednostki zwane laminami.
Teoretycznie możliwa jest sytuacja, gdy w skale osadowej w ogóle nie warstw. Przyjmijmy jednak, że autor zdaje sobie z tego sprawę i celowo, dla uproszczenia, nazywa równoległe do siebie "płyty" skalne warstwami.
Rozpatrzmy teraz kilka przykładów, jak "warstwy" osadu powstają współcześnie. Wielokrotnie w czasie letniej kąpieli w rzece obserwowaliśmy na jej dnie wyraźne zmarszczki. Gdybyśmy chwile się im przypatrzyli to by się okazało, że wędrują one w dół strumienia, w wyniku przesypywania piasku ze strony naprądowej na zaprądową, zupełnie na tej samej zasadzie jak wydmy na pustyni.
W sprzyjających przypadkach część piasku może uwięziona na dnie strumienia, czyli niejako "wyłączona z obiegu". Dzieje się tak np. w trakcie opadania wody lub na wewnętrznej stronie zakrętów, gdzie prąd zwalnia. Jeżeli przetniemy taki osad równolegle do kierunku prądu, zobaczymy kilkucentymetrowe warstewki piasku, w obrębie których można zaobserwować bardzo drobne smużki, dochodzące skośnie do ich powierzchni. Każda warstwa znamionuje przejście jednej "zmarszczki" (zwanej w geologii ripplemarkiem), zaś owe skośne smużki to nic innego jak ślad osypywania się piasku na stronie zaprądowej. Jeżeli nie wierzysz - wybierz się z saperką na pierwszą lepszą łachę, pozostałą po wiosennej powodzi.
Z dość analogiczną sytuacją możemy się spotkać u podnóża kontynentów (tego już sam nie sprawdzisz - musisz uwierzyć zdjęciom z batyskafów i próbkom pobieranym w wierceniach podmorskich). Od czasu do czasu po skłonie szelfu spływają podmorskie "rzeki" złożone z wody obciążonej mułem i piaskiem, zniesionym przez rzeki z lądów. Ponieważ płyn obciążony zawiesiną jest cięższy od otoczenia, wywiera on na dno dokładnie taki sam wpływ jak rzeka na swoje piaszczyste łożysko. Piasek jest formowany w analogiczne zmarszczki, poruszające się zgodnie z kierunkiem prądu i tworzące podobne, wewnętrznie skośnie laminowane warstwy.
Ostatni przykład: Wielka Rafa Koralowa u wybrzeży Australii. Szeroka, masywna budowla rafowa, oddzielona od lądu płytką laguną.
W wyniku wysokiej temperatury i ograniczonej wymiany wody z otwartym oceanem dochodzi w lagunie do chemicznego strącania węglanu wapnia. Z reguły krystalizuje on dookoła ziaren piasku, dokładnie tak samo jak kryształki soli powstaną wokół nitki zanurzonej w solance. Ziarenka piasku, przetaczane przez fale stają się po pewnym czasie kuleczkami, złożonymi z jądra i koncentrycznego "płaszczyka", zbudowanego z wytrąconego węglanu wapnia - geolodzy nazywają je ooidami. Co pewien czas wybrzeże nawiedzają cyklony. Ooidy wraz z rozkruszonymi koralowcami zmywane są do wnętrza laguny, gdzie przykrywają muł wapienny, złożony z najdrobniejszych żyjątek pływających w lagunie. Wraz ze słabnącą siłą sztormu, dno będzie formowane w zmarszczki, jakie znamy choćby z plaż Bałtyku.
Z kolei na zewnętrzną stronę rafy, która przyjmuje na siebie większość energii fal, trafiają wyłącznie pokruszone fragmenty koralowców. Największe z nich, opadają bezpośrednio u jej stóp, zaś drobniejsze transportowane są dalej, gdzie mieszają się z mułem oceanicznym.
Jak więc wygląda przekrój przez taki system? Centralnie występują masywne (= bez widocznych warstw) wapienie, zbudowane z koralowców, ułożonych "jak za życia". Od strony lądu będą to warstwy mułu wapiennego, przekładane poziomami pokruszonych koralowców i piasku plażowego, ze zmarszczkami falowymi. Natomiast od strony pełnego oceanu wystąpią osypiska gruzu wapiennego, cieniejące wraz z oddalaniem się od rafy, przewarstwione mułami wapiennym.
Czy ktoś wątpi w fizyczne istnienie tych osadów? A może w schemat warstwowania jaki opisałem powyżej? Można je dotknąć, przekopać, obejrzeć. Można przyjrzeć się łożysku rzeki po powodzi. Można dotrzeć do raportów o okrętach podwodnych, porwanych przez owe "podmorskie rzeki", można sobie taką rzekę obejrzeć na filmie nakręconym z batyskafu na południe od Marsylii. Można wreszcie zanurkować na rafie, czy choćby tylko położyć się na piasku, złożonym wyłącznie z ooidów. Jesteśmy w stanie zaobserwować skutek (warstwę) i przyczynę (prąd wody, falowanie). Mamy prawo je powiązać. Przejdźmy teraz do "twardych" skał.
Pomiędzy pokładami węgla np. w Niecce Wałbrzyskiej można zaobserwować struktury warstw dokładnie identyczne z tymi, które dzisiaj tworzą się na dnie Bobru czy Krutyni. W zasadzie całe Beskidy zbudowane są ze skał wyglądających dokładnie tak samo jak współczesne osady powstające w wyniku działania owych "podmorskich rzek". Wreszcie na nieodległej Gotlandii można sobie pojechać na wycieczkę rowerową i w jednym, kilkunastokilometrowym profilu obejrzeć skały, wyglądające dokładnie tak samo jak dzisiejsze osady australijskiej Wielkiej Rafy Koralowej. Dokładnie tak samo. Bez żadnych różnic! Czy mamy prawo sądzić, że skały te powstały w wyniku działania innych procesów niż te, które kształtują współczesne osady? Tak właśnie wygląda uniformitarystyczne myślenie w geologii.
|