| |
Słowa kluczowe: ewolucjonizm, kreacjonizm, dowody ewolucji, darwinizm
Luźna koncepcja starszego pana
Marcin Ryszkiewicz
26.X.2006
"Jakże głupi byliśmy, że sami na to nie wpadliśmy!". "Módlmy się, żeby to nie była prawda, ale jeśli to jest prawda, prośmy Pana, żeby się nie rozniosło". "Niczego w biologii nie da się zrozumieć bez odwołania do teorii ewolucji". "Teoria ewolucji to kłamstwo! To luźna koncepcja niewierzącego starszego pana, który tak widział świat. Może dlatego, że był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego".
Każda nauka ma swoje bon-moty, czasem prawdziwe, czasem apokryficzne, w których odbijają się jej dzieje i które niosą jakieś ważne przesłanie - o niej samej, lub o jej publicznym odbiorze. Pierwsze z zacytowanych wyżej zdań wygłosił w 1859 roku Thomas Huxley po przeczytaniu otrzymanego od Darwina egzemplarza "O powstawaniu gatunków...". Huxley był jednym z największych naturalistów XIX wiecznej Anglii i Europy, a jego fascynacja Darwinem wynikała z faktu, że ktoś wreszcie odkrył tę największą "tajemnicę tajemnic" (tak Darwin określał mechanizmy ewolucji) i że okazało się to takie proste.
Drugie zdanie, przypisywane pewnej wiktoriańskiej niewieście, odzwierciedla to samo zdumienie nad klarownością darwinowskiej koncepcji, ale jest też wyrazem niechęci wobec nowych i niewygodnych prawd. Jej prośby w każdym razie nie zostały wysłuchane.
Trzecie zdanie wypowiedziane zostało w sto lat później przez amerykańskiego genetyka i ewolucjonistę Th. Dobzhansky'ego (rodem z Kijowa zresztą), jednego z najwybitniejszych przyrodników połowy XX wieku i jednego z ojców założycieli tzw. syntetycznej teorii ewolucji, która połączyła oryginalny darwinizm z innymi działami biologii (genetyką, embriologią, biogeografią...) w jeden system nauk o życiu, w którym ewolucja gra rolę zwornika pozwalającego nadać sens i znaczenie rozproszonym przedtem faktom.
Autorem czwartego zdania jest oczywiście pan Mirosław Orzechowski, a zawarta w nim myśl (?) nawiązuje - po 150 latach - do owej pełnej lęku damy, która nie chce, by nowa prawda się "rozniosła". Z tą tylko różnicą, że dama ta przeczuwała, że to Darwin może mieć rację i chciała jedynie ukryć tę rację przed szerszą opinią publiczną. No i nie pracowała w ministerstwie. Edukacji zresztą.
Darwinizm jednak się rozniósł i się przyjął - tak bardzo, że Darwin uznany został za jednego z największych geniuszy ludzkości (pochowany jest w Katedrze Westminsterskiej tuż przy grobie Newtona, z którym - a także Kopernikiem, Galileuszem i Einsteinem - bywa często porównywany), a jego nauka, ewolucjonizm, uważana jest za najważniejszy może wkład ludzkiej myśli do zrozumienia otaczającego nas świata. Ewolucjonizm jest, w założeniu, prosty i opiera się na kilku oczywistych prawdach. Po pierwsze więc zakłada (i wykazuje), że wszystkie żywe organizmy są ze sobą spokrewnione i wywodzą się od wspólnego przodka. Dziś wiemy to na pewno (wskazuje na to wspólnota kodu genetycznego, od bakterii do człowieka, a także ten prosty fakt, że możemy lekarstwa testować na szczurach, zamiast od razu na sobie), ale w połowie XIX wieku trzeba to było w sposób żmudny i często okrężną drogą udowadniać. Dowody Darwina, zbierane przez dziesiątki lat, pochodziły z wielu źródeł, ale były przytłaczające; jednym z najważniejszych było pojęcie homologii (jedności budowy) narządów przystosowanych do bardzo różnych funkcji, ale wykazujących wspólne pochodzenie. Skrzydło ptaka, ręka człowieka i płetwa delfina wykonują całkowicie odmienne zadania i każdy racjonalny projektant zaplanowałby je z różnych elementów, najlepiej dobranych do spełniania ich funkcji. Tymczasem skrzydła, ręce i płetwy zbudowane są z takiej samej liczby takich samych (choć zmodyfikowanych) kości, tak samo zbudowanych komórek i tkanek. I to samo pojęcie homologii da się zastosować do wszystkich innych narządów (a także zachowań, rozwoju płodowego czy fizjologii) wszystkich w ogóle organizmów na Ziemi, przy czym im bliższe ich domniemane pokrewieństwo, tym większa liczba homologii między nimi. To zupełnie sprzeczne z racjonalnym projektem - jaki planista wymyśliłby aby rower, szybowiec czy kajak budować z tych samych i tak samo połączonych elementów?
Drugie założenie darwinizmu jest takie, że wszystkie organizmy są przystosowane do swego środowiska, ale to przystosowanie nie jest nigdy doskonałe. Idealna adaptacja nie świadczy o ewolucji - raczej przeciwnie: tylko wszechmocny projektant mógłby zaplanować doskonałe rozwiązanie, najlepiej pasujące do określonych warunków. Niedoskonałość przystosowania świadczy o długotrwałej historii - obecność narządów szczątkowych lub niefunkcjonalnych (jak nasz wyrostek robaczkowy - homologiczny z komorą fermentacyjną roślinożerców), lub słabo funkcjonalnych (zęby mądrości), lub tzw. atawizmów (sporadyczny ogon u ludzkich noworodków) wskazuje na długotrwałe zmiany, które nie zawsze nadążały za zmianami warunków, lub które nie mogły sprostać ograniczeniom narzucanym przez dostępne materiału. Nasze ciała uważane są - i słusznie - za biologiczny majstersztyk, a dla zwolenników "inteligentnego projektu" są wręcz dowodem idealnego planu, ale dla ewolucjonistów to właśnie te wszystkie niefunkcjonalności, a czasem wręcz absurdy, są godne szczególnej uwagi. Niewygodny poród ludzkiego noworodka przez zbyt wąski kanał nieprzystosowanej do wielkiej głowy płodu miednicy, nierozumne skrzyżowanie przewodu oddechowego i pokarmowego w tchawicy (grożące udławieniem) czy niepełne przystosowanie do dwunożności (skutkujące nagminnymi bólami krzyża, żylakami nóg i zawrotami głowy) to wszystko przykłady owych historycznych zaszłości, które nie do końca i nie w równym stopniu zostały w procesie ewolucyjnych przemian udoskonalone.
Trzecie założenie darwinizmu dotyczy już wprost mechanizmu ewolucji, który tak długo umykał przyrodnikom żyjącym w - różnie nazywanym - przekonaniu o inteligentnym projekcie. Pomysł Darwina wywodzi się ze spostrzeżenia XVIII-wiecznego angielskiego duchownego i socjologa Thomasa Malthusa, że ludzie rodzą więcej potomstwa niż jest w stanie przeżyć w świecie ograniczonych zasobów. Demografowie wiedza, że tzw. prostą reprodukcję zapewnia dwoje dzieci na parę rodziców, ale w czasach Darwina dzietność była znacznie większa (sam Darwin miał dziesięcioro dzieci) i znaczna większość potomstwa nie dożywała wieku dojrzałego. A przecież ludzie mają bardzo mało dzieci - spójrzmy na dowolne drzewo i pomyślmy, że każde z milionów nasion pojedynczej topoli to potencjalnie jedna dorosła topola, tak jak każde z tysięcy jajeczek w rybiej ikrze to potencjalnie jedna dorosła ryba. Los tych wszystkich potencjalnych bytów jest w 99,99... procentach jednakowy - wszystkie zostają unicestwione zanim zdążą wydać na świat własne potomstwo. Ta wielka rozrzutność przyrody i nadprodukcja potomstwa oznacza, że w świecie odbywa się nieustająca, cicha i powszechna selekcja, która odrzuca niemal wszystkie z gotowych już "przepisów na..." (topolę, rybę, czy człowieka) i wybiera tylko bardzo nieliczne osobniki do dalszego rozrodu. Potrzeba było doprawdy niewiele - ot, iskry geniuszu Darwina - by z tego maltuzjańskiego spostrzeżenia wyciągnąć wniosek, że ten odsiew może być zarazem wyborem, że kto ginie, a kto przeżywa nie jest czystym dziełem przypadku. Że jeśli wśród potomstwa istnieje choćby minimalna zmienność - a tego nikt już w czasach Darwina, a tym bardziej dziś nie kwestionował, to przeżywać powinni raczej ci, którzy są lepiej przystosowani do lokalnych warunków otoczenia. I że jeśli te zmienne cechy są choćby trochę dziedziczne (czego - znów - nikt już w czasach Darwina nie kwestionował), to owe lepsze cechy powinny się z czasem gromadzić w populacji - kosztem gorszych oczywiście. Że więc w przyrodzie istnieć musi powszechna i nieustająca konkurencja - bo chętnych do przeżycia jest wielu, ale szczęśliwych losów do wygrania przeraźliwie mało.

|